„Staram się grać rolę adwokata diabła” Bartosz Żurawiecki w rozmowie o niełatwej roli krytyka

IMG_0008W warszawskim „Wrzeniu Świata” miałam ogromną przyjemność spotkać się i porozmawiać z moim ulubionym krytykiem filmowym, Bartoszem Żurawieckim. Dyskutowaliśmy o współczesnej roli i wpływie krytyki filmowej, kondycji polskiego kina, no i oczywiście o filmach, tych ważnych i inspirujących.

Magdalena Łoboda: Jest Pan krytykiem filmowym i chciałam się dowiedzieć czy gdy ogląda Pan film to od razu patrzy Pan na niego z punktu widzenia recenzenta, analizując w trakcie oglądania czy raczej opiera się Pan najpierw na wrażeniu, a analizy dokonuje później?

Bartosz Żurawiecki: Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie, bo to zależy, z jakim nastawieniem czy w jakim celu film oglądam. Jeżeli dostaję konkretne zadanie recenzenckie, wtedy muszę się mocno skupić i, owszem, czasami tworzę recenzję w myślach, na gorąco, w czasie seansu. Natomiast jeśli oglądam film na tak zwanym luzie lub w innym niż recenzyjny celu, wówczas kryterium wartościujące spada na drugi plan. Wiele też zależy od tego, do jakiego medium się pisze – coraz rzadziej ma się ten luksus, że można przesłać recenzję dopiero po paru dniach. Portale internetowe z reguły wymagają natychmiastowej reakcji.

Magdalena Łoboda: A jak jest z wolnością recenzentów? Nawiązuję tu do historii Pana Tomasza Raczka, który w dość negatywny sposób wypowiedział się na temat filmu „Kac Wawa” i straszono go sądem. Czy możemy mówić o jakiejś cenzurze w pisaniu recenzji?

Bartosz Żurawiecki: Oczywiście nie ma cenzury bezpośredniej, natomiast jest cenzura wewnętrzna, środowiskowa – ona przede wszystkim dotyczy polskich filmów, bo wiadomo, że w ich wypadku nacisk środowiska jest dużo większy. Ktoś tam się może obrazić, ktoś nie da na coś pieniędzy, w grę wchodzą te wszystkie powiązania finansowe i towarzyskie. To niebezpieczne zjawisko, ale ciężko od tego uciec w naszym grajdole. Niekiedy portal czy czasopismo wchodzi w układ z dystrybutorem – ten daje reklamę albo sponsoruje jakiś konkurs – w związku z czym należy o jego filmie pisać pozytywnie. Nadzieja tkwi w kompletnie niezależnych mediach, stronach internetowych tworzonych z potrzeby serca, bezinteresownie, na których nie trzeba się liczyć z tymi wszystkimi zależnościami. Często jednak takie portale nie są w stanie zapłacić autorom za teksty.

Magdalena Łoboda: Poruszyliśmy już trochę temat polskiego kina. Po każdym festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni spotykam się z ogromną liczbą artykułów, które chwalą polskie kino, że w końcu ruszyło do przodu, w końcu mamy dobre filmy i że w końcu nastąpił jakiś rozwój, ile w tym prawdy, a ile zwykłego pisania dla pisania?

Bartosz Żurawiecki: Taka konwencja się wytworzyła, że każdy kolejny festiwal w Gdyni określa się mianem „przełomowego”. Trzeba to wszystko z dystansem traktować. Wiadomo, że Gdynia jest festiwalem branżowym, festiwalem, który ma robić dobrze środowisku. Wszyscy się więc tam nawzajem nakręcają, po plecach poklepują, siłą rzeczy i krytyka bierze udział w tych rytuałach. Potem filmy wchodzą do kin, no i wtedy mają możliwość skonfrontowania się z rzeczywistością. Ja zawsze staram się grać rolę adwokata diabła, przebijać ten balonik samozadowolenia i mówić: „nie było tak znakomicie, jak się wam wszystkim wydaje, wiem, że dobrze się bawiliście na bankietach, ale to nie znaczy, że mamy najwspanialsze kino na świecie”. Poza tym, trzeba się porównać, zestawiać kino polskie z kinem światowym, z tym, co pokazywane jest także i na naszych ekranach.

Magdalena Łoboda: A Pana coś ostatnio zaskoczyło w polskim kinie?

Bartosz Żurawiecki: Nie aż tak bardzo. Uważam, że jest parę filmów niezłych, parę ciekawych, z różnych powodów godnych uwagi. Polskie filmy są też coraz lepiej zrobione, nasze kino pod względem technicznym jest już rzeczywiście na dobrym poziomie. Natomiast mentalnie wciąż jesteśmy co najmniej kilka kroków z tyłu kina zachodniego.

Magdalena Łoboda: Do jakich filmów lubi Pan wracać?

Bartosz Żurawiecki: Paradoksalnie nie lubię tak bardzo wracać do filmów, które odcisnęły na mnie piętno, bowiem obawiam się rozczarowania po latach. Mam parę swoich filmów ulubionych i zapamiętanych: „Fanny i Aleksander” Bergmana, „Casanova” Felliniego, „Błędny ognik” Malle’a. Bardzo lubię film Stephena Frearsa „Prick Up Your Ears”. Te tytuły wpłynęły na moje postrzeganie nie tylko kina, ale też świata. Gdzieś tam je hołubię w swojej pamięci, co nie znaczy, że oglądam je codziennie. Generalnie zresztą, rzadko wracam do filmów. Jeśli już, to do takich rozrywkowych. Lubię sobie np. Monty Pythona obejrzeć raz po raz, pośmiać się czy też wyłowić smaczki, których wcześniej nie dostrzegłem.

Magdalena Łoboda: A co z filmów współczesnych zwróciło ostatnio Pana uwagę?

Bartosz Żurawiecki: Bardzo mi się podobał ostatnio „Perwersyjny przewodnik po ideologiach”, drugi film, który Sophie Fiennes – nota bene, siostra Ralpha – zrobiła ze Slavojem Zizkiem, modnym obecnie filozofem i teoretykiem kultury. Część pierwsza nazywała się u nas „Z-boczona historia kina” i traktowała o erotycznym wymiarze sztuki filmowej, o tym jak kino odbija czy też wyzwala różne nasze pragnienia, skłonności, do których nie zawsze się chcemy przyznać. Teraz Zizek zrobił film o ideologiach, też głównie się opierając na kinie. Mnie zresztą generalnie bardziej obecnie interesuje poziom „meta” niż sama „story”. Zizek powiada, że nie ma filmu, który nie byłby podszyty jakąś ideologią – często jest ona ubrana w formę wciągającej opowieści, wypełniona hollywoodzkimi atrakcjami. Nieświadomy widz „łyka” tę ideologię razem z filmem.

Magdalena Łoboda: Dlaczego Pan ogląda filmy? Czego Pan w nich szuka? Szczególnie, że trochę tych filmów Pan już obejrzał.

Bartosz Żurawiecki: Ciekawe pytanie. W coraz większym stopniu szukam w kinie inteligentnej rozrywki. Takich filmów nie ma aż tak wiele. Gdy byłem młodszy, filmy, które oglądałem – nie zawsze je nawet do końca rozumiejąc – kształtowały mój światopogląd i moje gusta. Czerpałem z nich wiedzę o życiu, wzorce zachowania, hierarchię wartości. Dzisiaj filmy już nie determinują mojego światopoglądu. Dlatego też traktuję kino jako coś, co czasami dostarcza przyjemności, ale też prowokuje intelektualnie. Jako rodzaj gry, zabawy, w której i ja biorę aktywny udział, interpretując dane dzieło

<pBartosz Żurawiecki – Krytyk filmowy, felietonista, dziennikarz, pisarz, dramatopisarz. Laureat Nagrody im. Krzysztofa Mętraka dla młodego krytyka filmowego. Szef działu recenzji w miesięczniku „Kino” i autor blogu „Czego nie widać” na stronach alekino+.

4 comments on “„Staram się grać rolę adwokata diabła” Bartosz Żurawiecki w rozmowie o niełatwej roli krytykaAdd yours →

  1. Dzięki za ten wywiad. Żurawiecki to jeden z najlepszych polskich krytyków – i czuć w jego tekstach tę szczerość, „ale ja się nie dam cenzurze”. Dzięki 🙂

    1. Cała przyjemność po mojej stronie 🙂 zachęcam do również do śledzenia bloga i dyskutowania o kinie. Pozdrawiam!

  2. no niestety prawda o polskim kinie kole, nie tylko w oczy. Nie chodzi że jest złe tylko że nie potrafi się o nim dyskutować. Ale wywiad pierwsza klasa 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.