„Sztuka jest dla ludzkości sublimacją rzeczywistości, sprawia, że ta rzeczywistość nabiera sensu i staje się piękniejsza” – o sile sztuki, kultury i aktorstwa w rozmowie z Maciejem Stuhrem

na-bloga-5
fot. Małgorzata Łoboda

 

Maciej Stuhr – artysta wszechstronny. Na swoim koncie na wiele ról, które nas bawią, wzruszają i wciągają. Ostatnio możemy go oglądać w serialu kryminalnym „Belfer”, gdzie wciela się w rolę nauczyciela, Pawła Zawadzkiego. Niedawno rozczulał nas w komediach romantycznych: „Planeta singli” czy też „Listy do M.” Wcielił się też w rolę policjanta, Richarda Krauze w międzynarodowej produkcji „Czerwony Kapitan”, która niedawno miała swoją premierę w polskich kinach. Jest jednym z najpopularniejszych polskich aktorów. Artystą mocno związanym z polską kulturą filmową i teatralną.

Magdalena Łoboda: Na początku chciałabym cofnąć się do Pana studenckich doświadczeń. Studiował Pan psychologię – czy zdobyta tam wiedza w jakiś sposób wpływa na budowanie przez Pana roli?

Maciej Stuhr: Związki psychologii i aktorstwa są tak oczywiste, że odpowiedź jest jednoznacznie na tak. Aktor i psycholog zajmują się właściwie tym samym – człowiekiem, jego zachowaniem i reakcjami. Właściwie pracując nad każdą postacią zastanawiam się po pierwsze nad tym, jaki to jest człowiek, bo za każdym razem jest to ktoś, kto ma warunki fizyczne do moich, ale gram zupełnie różnych ludzi. Włożonych w różny kontekst, różne momenty i sytuacje życiowe. Wtedy zaczynam się zastanawiać, gdybym ja na swojej drodze spotkał takie sytuacje, jak ta postać, którą mam zagrać, to jakby to zmieniło moje życie. Jak ja bym się zachował i co by to ze mną zrobiło. Tylko wtedy te postaci mają szansę być psychologicznie prawdziwe. Jednak żeby przeprowadzić ten proces potrzebna jest zawsze psychologia, czy to amatorska, czy to jak w moim przypadku – pogłębiona tymi studiami.

Magdalena Łoboda: Grał Pan również psychologa w serialu „Bez tajemnic”. Jakie tutaj były Pana doświadczenia?

Maciej Stuhr: To było śmieszne, bo wie Pani, rzadko gramy postacie, o których coś więcej wiemy, z autopsji, z życia codziennego. Zazwyczaj gramy bohaterów, którzy są dalecy od tego, co robimy na co dzień. Gram na przykład policjanta albo showmana telewizyjnego czy też jazzmana grającego na puzonie. To są rzeczy, o których mogę mieć tylko pewne wyobrażenia – jak taki ktoś się zachowuje czy kim jest. Natomiast w przypadku „Bez tajemnic” było o tyle zabawnie, że rzeczywiście skończyłem psychologię, miałem do czynienia z tym środowiskiem przez jakiś czas, no więc moje wyobrażenia były większe. „Bez tajemnic” był dość wyjątkowym serialem, można powiedzieć, że pomysł na ten serial był zupełnie antyfilmowy. Siedzi dwójka ludzi i gada przez pół godziny – kto by to wytrzymał. Film żywi się głównie akcją, a tu się nagle okazało, że jest pewna widownia, która będzie śledzić tylko rozwój emocjonalny akcji.  Tylko w słowach i sytuacji między siedzącymi dwoma bohaterami można oprzeć cały odcinek, który będzie pełen emocji i napięcia. Muszę powiedzieć, że to bardzo odważny pomysł, który trafił w zapotrzebowanie i dobrze się spisał. Wraca wiara w siłę słowa i emocji międzyludzkich. Niekoniecznie musi być show, pawie pióra i tysiące fajerwerków, bo ludzi ciekawią ludzkie losy.

Magdalena  Łoboda: Chciałabym teraz trochę porozmawiać o Pańskich rolach filmowych i teatralnych. W ostatnim czasie, jeśli chodzi o kino, to pojawia się Pan w filmach lżejszego formatu –  obyczajowych, komediach romantycznych. Tymczasem w teatrze gra Pan role wielowymiarowe, skomplikowane, trudne. Jak Pan, jako aktor, odnajduje się w tych dwóch światach?

Maciej Stuhr: Te światy się wzajemnie uzupełniają. Tak jak Pani zauważyła, one są zupełnie różne. To nie jest to samo zajęcie, chociażby ze względu na środki, jakimi operujemy. Na scenie jestem inny i przed kamerą jestem inny. Kamera obnaża wszelkiego rodzaju fałsz i wymaga przede wszystkim bycia, a nie grania. Teatr posługuje się pewną formą i nikt tego nie ukrywa, że to jest jakiś sztuczny twór, który ma zadziałać na emocje, rozśmieszyć albo wzruszyć, dawać do myślenia i wciągnąć. Także cieszę się, że Polsce te dwa światy możemy ze sobą mieszać. Nie musimy się decydować jednoznacznie czy chcemy być aktorami filmowymi czy teatralnymi. Można te dwa światy równolegle prowadzić, cieszę się, że mi się to na razie udaje. Teatr jest w pewien sposób elitarny w stosunku do kina, to są zupełnie inne liczby. Nawet na film, który okaże się klapą, przyjdzie więcej ludzi niż na spektakl, który jest sukcesem frekwencyjnym. To są nieporównywalne wielkości widowni. Co za tym idzie, ta publiczność teatralna siłą rzeczy spodziewa się więcej, jest lepiej przygotowana, bardziej wymagająca i można sobie pozwolić na to, aby te tematy i ci bohaterowie, które tej widowni prezentujemy, byli bardziej skomplikowani,  pogmatwani i niejednoznaczni. A dotarcie do prawdy nie jest tak banalne jak na przykład w filmie sensacyjnym, gdzie są dobrzy i źli i to dobro musi zwyciężyć.

Magdalena Łoboda: Ciekawa jestem jak u Pana wygląda proces wychodzenia z roli? W tym ciągu dni zdjęciowych – na planie filmowym i dodatkowo prób teatralnych – czy na przykład wychodząc z teatru jest Pan w stanie całkiem odciąć się od odgrywanej przed chwilą roli czy to musi trochę potrwać?

Maciej Stuhr: Często rzeczywistość zmusza mnie, żeby tymi rolami żonglować z godziny na godzinę. Bywają takie przypadki, że czuje się jak taki przewożony worek kartofli. Muszę spełnić swoje zobowiązania  i przeważnie jest z tego wielka frajda, energia i chęć do życia i pracy. Bywają jednak też momenty kompletnego wyczerpania, kiedy człowiek traci rozeznanie,  gdzie go teraz wiozą i co ma wykonać. Trzeba się brać w garść. Czasami człowiek się budzi w hotelu i nie ma pojęcia w jakim jest mieście i co dzisiaj ma zrobić. Dopiero muszą minąć trzy minuty zanim to sobie w pełni uświadomi i się uspokoi.

Wdzięczny jestem Pani za to pytanie o wychodzenie z roli, bo to wychodzenie jest często co najmniej tak samo skomplikowane jak wchodzenie czy też przygotowanie do niej. Nawet czasami sobie żartuje, że nie jest tak trudno wejść w rolę, ale prawdziwym problem jest właśnie to, jak z niej wyjść. Zwłaszcza problem jest z taką rolą, która albo się aktorowi spodoba i on odkryje w sobie coś nowego. Pracując nad jakąś postacią ma wymóg, żeby ta postać była bezczelna, a aktor, który to gra nigdy nie był bezczelny i na potrzeby tej roli się tego uczy. Na przykład może być tak, że takiemu aktorowi się to spodoba. Nagle dotknął czegoś, czego w życiu nie grał – jest bezczelny i daje mu to jakąś satysfakcję i mimo, że nie zachował się tak, jak się tego od niego spodziewano, to go jakoś porajcowało. Całe życie był taki grzeczny,  a nagle widzi, że może być inny. Znam aktorów, którym zostają potem takie rzeczy na życie. To jest jeden aspekt, a drugi jest taki, że niektóre role wymagają żmudnego procesu wejścia w pewne stany psychiczne i zrozumienia tego bohatera. Nawet jakby chciał, to jest mu trudno się otrząsnąć. Nie dużo jest takich ról, bo jednak przeważnie, w dużym procencie, zależy jeszcze oczywiście kto jakie role gra, ale te z którymi ja mam do czynienia, nie są to aż tak pogmatwani bohaterowie, żebym  musiał jakimś labiryntem z nich wychodzić. Zdarzyło mi się jednak też tak, że nie było to proste. Mówię tutaj o jakimś takim stanie ogólnym psychofizycznym, takim dość mocno depresyjnym, ponieważ grałem akurat Józefa K. , który jak wiadomo czuje się osaczony i nie wie, o co jest oskarżany, a czuje się bez przerwy winny. Rzeczywiście pamiętam, że ta rola jakoś długo ze mną została. W takim sensie, że jakoś nie mogłem z powrotem zacząć cieszyć się życiem tak jakbym chciał, jakby wisiała nade mną jakąś chmura. To w takim sensie było dość trudno wyjść z tej roli.

fot. Małgorzata Łoboda
fot. Małgorzata Łoboda

Magdalena Łoboda: Tak sobie teraz myślę, że aktor, który na różnych etapach gra różne role, zupełnie inaczej odbiera świat, rzeczywistość. Wydaje mi się, że aktorstwo w pewien sposób ukierunkowuje mu drogę rozwoju.

Maciej Stuhr: Jak ktoś chce, to tak. Zwłaszcza taki aktor, który ma szczęście dużo pracować. Rzeczywiście poprzez to, że zakosztowuje różnych światów, grając różnych bohaterów – sprawdza na sobie jak to jest być bezczelnym albo być superbohaterem ściągającym zabójców czy amantem, w którym się kocha piękna dziewczyna. To, tak mi się wydaje, jest chyba najpiękniejsze w aktorstwie, że możemy sprawdzić to, co pewnie każdy człowiek myśli przynajmniej raz w życiu –  co by to było gdybym ja był kimś innym, jakby się moje życie mogło inaczej potoczyć. Aktor to ma na co dzień, jako praca. Nawet się wymaga tego od niego, żeby zakosztował  innego życia. I w tym sensie, jeśli aktor ma jeszcze głowę na karku,  nie da się zwariować i gdzieś nie odfrunie, tylko stąpa po ziemi, to rzeczywiście ma szansę go to też wzbogać, o to doświadczenie, przypuszczenia jak to jest być bezczelnym albo być superbohaterem. Pod warunkiem, że jest w miarę inteligentny, ma głowę na karku i może sobie z tego tworzyć bazę. Wyciągać wnioski krótko mówiąc. Nie tylko zachłystywać się pogonią z pistoletem za bandytą, ale też mieć nad tym jakąś refleksję i coś zrozumieć dla siebie. Jeśli aktor wykorzysta tę szansę, to rzeczywiście może stać się coraz bogatszą osobowością.

Magdalena Łoboda: Zajmuje się różnymi dziedzinami sztuki: film, teatr, kabaret. Co daje Panu sztuka i czym jest w Pana życiu?

Maciej Stuhr: Zadała Pani trudne pytanie przez jego ogólność. Sztuka jest dla ludzkości sublimacją rzeczywistości, sprawia, że ta rzeczywistość nabiera sensu i staje się piękniejsza. Jest syntezą, wnioskiem, który wysnuwamy. To nastrój, który nas opanowuje. Dużą rolę w sztuce grają emocje. Tym samym jest też dla mnie. Ja mam tę przyjemność żyć zawodowo sztuką, mieć z tym do czynienia, pracować z wspaniałymi artystami. Dlatego uważam się za człowieka szczęśliwego. Trudno mi dotknąć jakiegoś przykładu czy szczegółu, ale muszę powiedzieć, że rzeczywiście życie w sztuce bywa czasami żmudne, męczące, stresujące przede wszystkim, ale ta ulotność sztuki, niedopowiedzenie sprawia też, że to jest dobre życie. Ośmieliłbym się powiedzieć, że może nawet lepsze niż niektóre inne formy dotykania rzeczywistości. Ostatnio z żoną zwiedzaliśmy taką małą fabryczkę oliwy na Sycylii. Patrzyliśmy jak tam wytłaczają te owocki, małe oliwki, robią te oliwy. One tam gdzieś sobie leżakują, potem się napełnia butelki. Na końcu tej linii, która jest dość automatyczna, jest taki facet, który gdy wyjeżdża taka gotowa butelka, bierze ich po sześć i wkłada do pudełka. Obwiązuje to taśmą, przekłada to pudełko parę metrów dalej na paletę, która czeka do transportu. I tak sobie pomyślałem, jakie to jest życie. Spotkałem człowieka, który robi coś tak odmiennego ode mnie, coś tak nietwórczego i niekreatywnego. Po prostu przestawia pudełka. Nawet ze znajomymi podzieliłem się taką myślą, że chyba bym nie wytrzymał tak całe życie i rzeczywiście bym chciał chyba wcześniej pójść na emeryturę, bo wie Pani jak jest dyskusja o wieku emerytalnym, to ja jej nie rozumiem. Ja bym chciał do końca życia pracować, bo mam tak wspaniałą pracę, ale jakbym miał przez osiem godzin przestawiać  pudełka tak jak ten facet to jest przekopane. Jednak mój przyjaciel wtedy bardzo słusznie zauważył i powiedział „ale wiesz co, ja to mu czasami zazdroszczę, bo przecież on nie ma żadnego stresu w pracy”. W porównaniu z tym, że ja wczoraj musiałem wyjść sam jeden przed trzysta osób i przez półtorej godziny próbować ich rozśmieszać, to rzeczywiście przekładanie pudełka wydaje się błogostanem emocjonalnym w porównaniu z tym, co ja musiałem przed koncertem przejść. Oczywiście po koncercie miałem ogromną satysfakcję, zebrałem oklaski, była ekscytacja. Natomiast te kilka godzin przed jest okupionym gigantycznym stresem. Coś za coś krótko mówiąc.

Magdalena Łoboda: Chciałabym się ponownie odnieść do filmów, w których Pan grał w ostatnim czasie, są to przede wszystkim komedie, filmy obyczajowe. Czy to jest Pana świadomy wybór, że idzie Pan w tym kierunku czy jest to też kwestia tego w czym obsadzają Pana reżyserzy albo kierunku w jakim idzie polskie kino?

Maciej Stuhr: Jest to w jakiś sposób ze sobą sprzężone,  jednak to ja podejmuje decyzję w czym chcę grać, a w czym nie chcę. Przed wyjściem na spotkanie z Panią zacząłem czytać scenariusz i zastanawiam się czy to będzie dobre czy nie. Czy ja się w tym widzę, czy nie. Zawsze staram się znaleźć w roli chociaż coś, czego do tej pory nie robiłem, żeby to było trochę inne od tego, co poprzednio. Choć mając na koncie 50 filmów, nie jest to takie proste, żeby to był zupełnie inny bohater. Nie ma aż takiej różnorodności. W tym sensie w jakimś stopniu zależy to od tego, jak Pani zauważyła, w jakim kierunku idzie polska kinematografia. Wybierać mogę z tego, co mi zaproponują. Niemniej cały czas dokonuję tego wyboru. Właściwie jedynym kryterium jest to, czy by mi się taki film spodobał, gdybym miał go zobaczyć go jako widz. To jest zawsze mój główny punkt odniesienia.  Mam znowu mnóstwo szczęścia, albo jakąś nienajgorszą intuicję albo jestem chory psychicznie, bo podoba mi się wszystko co robię. Większość tych filmów, które robiłem w ostatnim czasie – mam wrażenie, że by mi się podobały gdybym je oglądał jako widz. Czy to „Ekscentrycy” grający jazz w latach 50-tych czy to opowieść romantyczna o showmanie telewizyjnym i prostej dziewczynie, którzy się w sobie zakochują, bo to jest śmieszny film.  Mnie to śmieszy, mimo, że jest to komedia romantyczna, która nie jest moim ulubionym gatunkiem. Czy to jest detektyw Krauz  – to jest film słowacko-czesko-polski. Moim zdaniem świetnie skrojona opowieść kryminalna. Gatunek ma drugorzędne znaczenie, a bardziej to czy chciałbym przy takim filmie spędzić dwie godziny czy nie. Na drugim miejscu zawsze jest to, z kim bym pracował, są artyści których bardzo cenię i lubię. Wspieram ich przedsięwzięcia. Też nie bez znaczenia jest to czy grałem już takiego bohatera czy nie. Czasami pojawia się bardzo dobry projekt, ale mówię, że ja już to grałem. Jak świętej pamięci Marcin Wrona zaproponował mi rolę w „Demonie”, przeczytałem scenariusz i mówię do niego „Marcin, wykopywanie żydowskich kości w ziemi, w deszczu – ja już w takiej scenie byłem, nie wiem czy widziałeś ten film?”. Odpowiedział, że widział, ale ja mu do tej roli pasowałem. Odpowiedziałem mu, że to nie będzie dobre ani dla niego, ani dla mnie. Powiedziałem mu, że to jest materiał na świetny film, ale musi poszukać kogoś innego. No i tak to się skończyło. Czasem jak zobaczę fajną rolę, to nawet jeżeli film mi się nie do końca składa, to sobie myślę, że może warto zagrać tę rolę, bo jeszcze czegoś takiego nie grałem. Może to nie być najlepszy film, ale dla mnie może to być ciekawe osobiście.

fot. Małgorzata Łoboda
fot. Małgorzata Łoboda

Magdalena Łoboda: Wspominał Pan o tym, że ważne jest to z kim Pan będzie pracował przy filmie. Chciałam odnieść się tutaj do współpracy z Panem Jerzym Stuhrem i zapytać jak wygląda specyfika pracy z członkiem rodziny, ale też z drugim aktorem?

Maciej Stuhr: Dotknęła tutaj Pani zupełnie osobnego rozdziału, ja w ogóle te filmy, które robię wspólnie z ojcem nie traktuję w sposób zawodowy jak inne filmy. Raczej jest to jakaś dziwna mieszanka osobisto-prywatno-zawodowa. Zawsze mam poczucie, że bardziej wspieram ojca będąc tam niż, że tworzę jakąś swoją rolę. Mam wtedy zupełnie inne podejście do tematu. Jestem też inny na planie, mniej się wygłupiam. Bardziej służę temu, co ojciec chce powiedzieć. Spłacam dług wdzięczności swoją obecnością w jego filmach. Chociaż akurat w filmie „Obywatel” miałem sporo do zagrania: scen barwnych i zabawnych w tysiącu odsłon: jako kobieta, żołnierz czy krakowiak. A już najdziwniejsze jest granie ze swoim ojcem,  wtedy się obnaża cała ta fikcja związana z tym zawodem. Choćby nie wiem jak dobrze zagrał ojciec i ja, patrzymy sobie w oczy i wiemy, że to jest jakaś fikcja. To bardzo deprymujące i trudne uczucie, zwłaszcza na początku, gdy pierwszy raz z nim stanąłem przed kamerą, miałem jakieś poczucie wstydu za tę całą żenującą sytuację.

Magdalena Łoboda: Proszę powiedzieć, jeśli może Pan zdradzić, jakie są Pana najbliższe plany zawodowe?

Maciej Stuhr: Najbliższe plany związane są wyłącznie z życiem prywatnym. Jak Pani zauważyła zeszły rok był niezwykle pracowitym okresem, cztery filmy i serial  telewizyjny, więc naprawdę byłem wyczerpany i w tym roku postanowiłem troszkę zwolnić bieg i poczekać, aż te wszystkie filmy wejdą do kina, potem zejdą. Żeby ludzie troszkę zdążyli zatęsknić, ja żebym zatęskniłem trochę za pracą, zainspirował się do czegoś nowego, a przede wszystkim poświęcił trochę czasu najbliższym osobom, które mnie przez ostatni rok nie widziały w ogóle. Oczywiście nie jest tak, że jestem bezrobotny. Mam trochę obowiązków, jeździmy dużo z teatrem po świecie. To też jest sfera mojej działalności, w której nie wszyscy wiedzą. „Nowy Teatr” z Warszawy jest  jednym z dwóch czy trzech takich polskich towarów eksportowych. Każdy liczący się festiwal, przegląd teatralny chce nas mieć w swoim repertuarze, dlatego jeździmy od San Paulo po Chiny, przez Moskwę i Paryż. Jesienią dwa tygodnie będziemy grać w prestiżowym teatrze w Paryżu sztukę „Francuzi” na podstawie Prousta. Przede wszystkim z tą sztuką, ale również z (A)Pollonią. Ze starszymi sztukami też jeździmy, właściwie każdego miesiąca gdzieś jesteśmy. Tych obowiązków teatralnych trochę. Jeśli chodzi o filmy i seriale w tym roku zrobiłem sobie przerwę.

Magdalena Łoboda: Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę powodzenia.

Maciej Stuhr: Dziękuję.

Maciej Stuhr – aktor teatralny i filmowy. Zadebiutował w „Dekalogu X” Krzysztofa Kieślowskiego. Od 2008 roku gra w Teatrze Nowym. Zdobywca wielu nagród oraz wyróżnień. Z wykształcenia jest psychologiem. Obecnie można oglądać go w serialu Canal+ „Belfer”, a niedawno na polskie ekrany film wszedł  film „Czerwony Kapitan”.

0 comments on “„Sztuka jest dla ludzkości sublimacją rzeczywistości, sprawia, że ta rzeczywistość nabiera sensu i staje się piękniejsza” – o sile sztuki, kultury i aktorstwa w rozmowie z Maciejem StuhremAdd yours →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.